Wczytywanie teraz

XV Festiwalu Kultury Modelarskiej

XV Festiwalu Kultury Modelarskiej

Minął już tydzień od XV Festiwalu Kultury Modelarskiej w Olsztynie. Z tej okazji publikujemy wspaniałą relację z tego wydarzenia stworzoną przez naszego Adama z Inowrocławia – jak zwykle napisaną👨‍💻 we wspaniałym stylu. Zapraszamy do lektury.

– Jedziesz do Olsztyna.

            To nie było pytanie. Może w zamyśle miało być, ale jakoś nie zabrzmiało pytająco. Bartas wspiął się lekko na pięty, wypiął brzuch. Zabulgotał elektronikiem, zapatrzył się w dal i powtórzył:

-Jedziesz do Olsztyna.

I znowu nie brzmiało to jak pytanie.

„Właściwie…” – pomyślałem. „Właściwie, dlaczego by nie?” Od dłuższego czasu ciągnęło mnie do Olsztyna. Ostatnio w Olsztynie byłem dawno, kiedy jeszcze … W każdym razie dawno. Schody. Trzy piętra w górę. Zwłaszcza te schody. Z tym kojarzył mi się Olsztyn. 

– Jadę do Olsztyna. – to nawet nie była zgoda. To było raczej stwierdzenie faktu. „Jadę do Olsztyna” – pomyślałem. No i dobrze.

***********************************************

– Zarezerwowałem hotel. Dwieście metrów od integracji. Na trzech. 

            Czyli załatwione. Teraz już nie ma odwrotu. Właściwie jest, ale byłoby już głupio. Trzeba może coś przygotować? Nie… Właściwie to mam jakieś dwa, czy trzy modele ostatnio skończone, ,klamoty na wyjazd zawsze są pod ręką, mogę jechać choćby zaraz. Dobra. Pozostaje czekać.

– Kto w ogóle jedzie?

– Marcel, Ty i ja.

– Czyli stała ekipa. Dobra.

***********************************************

– Adam się zdecydował. Jedziemy w czterech. Hotel zamieniłem, będzie czterysta metrów od integracji.

Wstawał świt. Bartas bulgotał elektronikiem i patrzył zmęczonym wzrokiem na niebo nad gołymi jeszcze, wczesnowiosennymi drzewami.

– Dobra. Czyli jedziemy. Którym?

– Moim. Zgramy się jeszcze, ale raczej przyjadę po Ciebie i potem zbierzemy resztę.

***********************************************

– Jedziesz do Olsztyna?

– Jadę do Olsztyna.

Misza uśmiechnął się demonicznie i wyraźnie aż pojaśniał w środku, co wywołało wręcz niepokojące wrażenie.

-Też jadę do Olsztyna.

– To może jedźmy razem?

– Przecież wiesz…

Wiem. Misza nigdy nie jedzie sam. Misza zawsze i wszędzie jedzie z żoną. Nie dlatego, że boi się jechać z nami. I nie dlatego, że boi się zostawić żonę samą w domu. Nawet nie dlatego, że ona boi się puścić go samego. Dlatego, że po trzydziestu, na oko latach małżeństwa, oni ciągle i nadal i jeszcze lubią jeździć razem w różne miejsca. I świetnie się ze sobą bawią, i wcale im nie jest przykro, że nie przychodzą na integrację. I wracają zadowoleni.  W poniedziałek pojadą do pracy. Razem. Bo razem pracują. I wrócą też razem. I razem zjedzą obiad i razem pójdą spać, i razem wstaną. Razem.

– To widzimy się na miejscu.

-Widzimy się.

*****************************

Drrrrrrryń… Drrrrrryń…

– Brat, a Ty jedziesz do Olsztyna?

– Jadę, a bo?

-A bo bym coś dał, ale nie mogę jechać, to byś wziął?

– Bym.

– To Ci podrzucę, co nie?

-Spoko, weź do roboty, będę przejeżdżał do wstąpię.

– No i fajno.

***********************************************

– Jutro rano o szóstej przyjadę po Ciebie i jedziemy do Bydgoszczy. Podjedziemy po Adama, potem podjedziemy do śródmieścia i zgarniemy Marcela, bo schodzi z nocki. No i potem już do Olsztyna.

To było dokładnie o 13.50. Zapaliliśmy, popatrzyliśmy w niebo i na gołe gałęzie drzew. Pomrużyliśmy oczy w promieniach pierwszego wiosennego słoneczka. Milcząc wypuszczaliśmy powolutku w niebo dym papierosów. Co tu można jeszcze powiedzieć. Dwóch facetów dogadało się, co do wyjazdu. Wszystko jest ustalone, wszystko będzie zrobione. Nic do dodania.

***********************************************

Dziesięć po czwartej. Właśnie wróciłem. Zgarnąłem plecak z klamotami na wyjazd, modele, wrzuciłem to do samochodu, żeby rano nie biegać po schodach. Przyjedzie Bartek, przerzucimy tylko do niego, i pojedziemy. Wszedłem właśnie do domu. Telefon. Adam.

– Bartek właśnie odpadł z wyjazdu, ma chorobę w rodzinie, nie może jechać. Możesz przyjechać jutro rano do Bydgoszczy? Zostawiłbyś samochód u mnie i pojechalibyśmy dalej moim?

-Mogę. Będę o ósmej.

-Dobra, załatwione.

***********************************************

Godzina 16.45. Drrrrrryń… Marcel.

– Wiesz już, że Bartek nie jedzie?

– Wiem.

-I co robimy?

-Rano jadę do Bydgoszczy, przesiadam się do Adama, jedziemy po Ciebie.

– Dobra. Ale jest taka sprawa. Czy byłoby możliwe… Żeby ewentualnie… Jeśli to nie problem… Czy nie dałoby się może… Oczywiście, jeśli to nie kłopot…

W tym momencie zaczynam już lekko stukać stopą o podłogę i sięgam po paczkę z papierosami.

– Bo widzisz, jakbyś podjechał do mnie i zabrał moje modele, to nie musiałbym ich wozić do Bydgoszczy pociągiem i trzymać przez noc w robocie.

No nareszcie.

– Jasne. W tej chwili nie mogę. Jesteś jeszcze w domu?

-Zaraz idę na pociąg, ale przyjedź trochę później, rodzice są w domu, to Ci dadzą, ja wszystko uszykuję.

-Nie ma problemu, będę pięć po ósmej.

***********************************************

„DRRRRRŃŃŃ”

Telefon. Marcel. No coś takiego…

– Bo wiesz, jest taki kłopot… – po fajki sięgam już, od razu… – po dwudziestej to nikogo nie będzie, jakbyś mógł podjechać trochę później, tak koło dziewiątej? Oczywiście jeśli to nie problem. Ojej ojej…

-Będę pięć po dziewiątej.  – niesamowite, jak można robić problem z niczego. Eeech.

***********************************************

Pięć po dziewiątej.

-Dobry wieczór. To jest chyba to?

-Dobry wieczór. Pewnie to. Dzięki, dobranoc.

Niebieska torba z Ikei wylądowała na tylnym siedzeniu. Uff… Z konkretnymi ludźmi to można załatwiać sprawy konkretnie. Teraz do domu, szybko się przespać. Nosem trochę podpieram kierownicę, to nie był lekki tydzień.  Na szczęście blisko.

Szósta rano. Zapali, czy nie zapali? Zapalił. Pyrka radośnie, jakby chciał zapytać „A dokąd jedziemy? Do lasu? Nad wodę? Może gdzieś dalej?” Nie, dzisiaj tylko do Bydgoszczy. „Tylko? Trudno. Ale jedziemy już, jedziemy, jedziemy!” Stary golf, a jak mały piesek. Jak stary mały piesek. Taki, który chwilami ma depresję i najchętniej nie schodziłby z kanapy, a jak jest zimno i mokro to go bolą stawy i patrzy z wyrzutem, kiedy zmuszam go do ruszenia się z parkingu. Ale dzisiaj akurat ma humor i nic go nie boli. A jak ma humor i nic go nie boli, to brykałby radośnie cały dzień. No nic, dziś tylko kawałek.

***********************************************

– Adaś, jestem.

-Fajnie, ja właśnie kończę jajecznicę, i zaraz idę po samochód. A gdzie jesteś?

-Na tym szutrowym parkingu za komendą wojewódzką. 

-Aaaacha…

Te ostatnie „aaaacha’ zabrzmiało jakoś dziwnie niepewnie. Właściwie dlaczego? Przecież Adam jest mieszkańcem Bydgoszczy, czyli chyba zna Bydgoszcz, nie? Mieszka dosłownie trzysta metrów stąd… Może z tym parkingiem jest cos nie tak? Poszedłem sprawdzić. Żadnego zakazu wjazdu nie ma. Informacja o płatnym parkowaniu? Też nie. Wszystko dobrze. Z lewej strony komenda wojewódzka, po drugiej stronie komenda Śródmieście, z boku Instytut Historii Uniwersytetu Bydgoskiego. Czyli raczej żadna patologia. O co mu chodziło? Wyjaśniło się za dwadzieścia minut. 

-PING – sygnał widomości przychodzącej. Fragment mapy z internetu i zakreślony na czerwono parking

-„To tutaj?”

Tutaj, tutaj. Przyjeżdżaj spokojnie, Adaś, nikt tu Cię nie skrzywdzi. 

Wjechał za kolejne dwadzieścia minut, rozglądając się bacznie na boki, ale raczej ciekawie, niż lękliwie.

– Nie uwierzysz, ale ja tu chyba jeszcze nigdy nie byłem.

 – Uwierzę, uwierzę.  – w moim mieście też pewnie znalazłbym jedno, czy dwa miejsca, gdzie jeszcze nie byłem, a Bydgoszcz jest dużo większa. Dlaczego nie miałbym wierzyć? I dlaczego to miałoby być czymś wstydliwym? Przepakowaliśmy się, pojechaliśmy. Wjechaliśmy do centrum. Wąskie, zaniedbane uliczki, na pół rozwalone kamienice, klimat lat siedemdziesiątych. Brudnych, szarych, smutnych, alkoholowych.  Na tym tle stojący na chodniku Marcel, schludny, czysty, dobrze ubrany wyglądał jak instalacja artystyczna oparta na kontraście. Jakby ktoś postawił Rembrandta na śmietniku… trudno, W takim miejscu Marcelowi przyszło pracować. Nie narzeka. Nawet jest zadowolony. Zapakował się do samochodu i nareszcie ruszyliśmy na Olsztyn!

***********************************************

Pojechaliśmy w stronę Grudziądza. Od czasu ostatnich modernizacji dróg to najlepszy dojazd do Olsztyna. Z Grudziądza, przez Iławę w stronę Ostródy, dalej obwodnicą, i do Olsztyna mieliśmy wjechać od wschodu. Plan idealny. Zdarzyło mi się jechać tą trasą raz, czy dwa. 

-Jak będzie rondo z łódką, to w lewo, a potem na dole, przy Biedronce w prawo.

– Byłeś już tutaj kiedyś?

– Raz, czy dwa.

***********************************************

– Chłopaki, a widzieliście schrony kolejowe pod Samborowem? 

-Co widzieliśmy???

– Dobra. Adaś, wjedź na parking pod Dino, i podejdziemy, to nie powinno być daleko.

Adaś wjechał na parking. Najpierw weszliśmy do sklepu, zrobiliśmy małe zakupy. Teraz sprawdziliśmy mapę. Nie. Jednak daleko, Trzeba by cofnąć się czterysta metrów na parking leśny, i z niego będzie zdecydowanie bliżej. Cofnęliśmy się. Jest bliżej, ale trzeba podejść lasem. Dwieście metrów wzdłuż torów. 

– Ooo! Żmija! Żmija!

– Ooo! Ropucha! Ropucha!!! 

– Ooo! Motylek!!!

Dwieście metrów… Do schronów podejść się nie dało. Dzicz, zarośnięta ścieżka, typowy syf, jaki zawsze można znaleźć nad wodą, czyli flaszki po piwie, pudełka po zanęcie i pudełka po burgerach, czyli normalne  ślady działalności miłośników przyrody. W każdym razie tak, sami siebie, określają wędkarze. Na przeszkodzie stanęła nam rzeka. Bunkry były dwa. Jeden z naszej strony rzeki, ale po drugiej stronie nasypu kolejowego. Żeby do niego dojść, trzeba byłoby przeleźć przez nasyp, po którym od czasu do czasu przejeżdżał pociąg. Niespecjalnie atrakcyjne. Można by dołem, pod mostem, ale akurat nie tego dnia. Wysoki stan wody, podniesione stawidło, brak jakiejkolwiek ścieżki. Woda wypełniła cały przekrój od przęsła, do przęsła. Drugi schron stał po naszej stronie nasypu, ale za to z drugiej strony rzeki. Spienionej na wiosnę, rwącej, zimnej, może nawet głębokiej. Nie chciało nam się sprawdzać. I stąd było widać cały rozmiar taj kilkupiętrowej budowli, schowanej w większości w nasypie, a tylko najwyższym piętrem wystającej ponad okoliczny krajobraz. Zawróciliśmy.

-A gdzie jest samochód? W którą stronę musimy iść?

-A ten dom był tutaj, jak szliśmy w tamtą stronę? Chyba nie było, dobrze idziemy? Nie zgubiliśmy się przypadkiem?

-Aua!!! Aua!!! Drzewo mnie napadło! Na pomoc! 

-O matko i córko, co to za gałęzie jakieś takie? Żona mnie zabije, całe spodnie zaświniłem!

Dwieście metrów… Jeden stoi przy samochodzie, polewa spodnie wodą z butelki i modli się, żeby wyschły przez ostatnie pięćdziesiąt kilometrów drogi. Drugi podskakuje na jednej nodze i przygląda się kolcom akacji wbitym w podeszwę buta. Dwieście, kurde metrów. Usiadłem na barierce, zapaliłem, uspokoiłem się. 

Wsiedliśmy, pojechaliśmy.

-Właściwie, jakbyśmy pojechali z tej strony mostu, to byśmy doszli do tego bunkra z tej strony rzeki.

– Nie, musielibyśmy jechać z drugiej strony toru kolejowego.

– No nie, z tej strony to byłoby dobrze!

-Nie, nie byłoby!

-Byłoby! Zaraz Wam udowodnię.

Zawróciliśmy po Dino, pojechaliśmy znowu z powrotem, wjechaliśmy w polną drogę…

-A rzeczywiście, jesteśmy z dobrej strony torów, ale ze zlej strony rzeki…

Zawróciliśmy. Tym razem już na dobre. Sójka i dzięcioł, które obserwowały to od dłuższego czasu z pobliskiego drzewa wymieniły porozumiewawcze spojrzenia. Dzięcioł pokręcił głową z niedowierzaniem i walnął dziobem w korę, Sójka poszła po flaszkę. Nie poleciała. Poszła.

***********************************************

Trzy kilometry dalej:

-Adaś, co się tak macasz po kieszeniach, jakbyś zgubił kluczyki od samochodu? – chciałem zażartować.

-No bo właśnie nie wiem, gdzie mam kluczyki od samochodu…

-Ale przecież jedziemy?

-Bo widocznie są gdzieś w samochodzie…

Zjechaliśmy w polną drogę. Wysiedliśmy Zajrzeliśmy wszędzie. Obszukaliśmy Adasia. Obszukaliśmy się nawzajem. Znalazły się. W schowku. Usiadłem na kamieniu. Zapaliłem. Uspokoiłem się. „Mam tylko dwie paczki papierosów, a do Olsztyna jest jeszcze pięćdziesiąt kilometrów” , przeleciało mi przez głowę…

***********************************************

Drrrrrryń, drrrrryń! Marcin.

-No gdzie jesteście? Ja tu już dawno dotarłem, a Was nie ma i nie ma!

-Zaraz będziemy, spokojnie.

Marcin zdecydował się w ostatniej chwili na wyjazd, a ponieważ w Olsztynie ma dobrych znajomych, to zapakował żonę i córę do samochodu i zrobili sobie rodzinną wycieczkę. Fajnie. Tylko, że zona z córką poszły zwiedzać, a on został sam i nie może doczekać się naszego towarzystwa. Spokojnie. Zaraz będziemy. Teraz już nic się nie wydarzy.

***********************************************

– Nie uwierzycie chłopaki, ale ja jeszcze nigdy w życiu nie przebiłem opony. Na dobra sprawę, to nie wiem, czy umiałbym wymienić koło, jeśli coś by się stało. – Adaś wyraźnie odzyskał humor i zebrało mu się na dykteryjki. Większość czasu opowiadał nam o wesołych przygodach rekonstruktorów historycznych, teraz zszedł na tematy komunikacyjne. Droga upływała niespiesznie i na szczęście bez przygód. Spodnie powolutku wysychały. Poraniona stopa jakoś nie bolała. Dojechaliśmy do Olsztyna. Pogoda ładna. Słoneczko. Ruch niewielki. Przed samym celem nawigacja dostaje obłędu. Patrzymy na ekran i nie wiemy, o co chodzi. Włączam szybciutko drugą, inną, w moim telefonie, i pokazuje to samo. Z głównej drogi skręcamy w lewo pod blok, przejeżdżamy przez parking, potem zaplecze jakiegoś sklepu, ciekawie sobie to rozwiązali… Wygląda, jakby ktoś wybudował blok mieszkalny na środku drogi i teraz trzeba go objeżdżać dookoła. W końcu trafiliśmy. Jest szkoła. Jest parking. Jest też pełno samochodów. Bo jest trochę późno, wszystkie miejsca zajęte. Wciskamy się odrobinkę „na pałę”. Tak minimalnie. W zasadzie to stoimy dobrze, może z piętnaście centymetrów samochodu stoi trochę źle, ale nie więcej. Żeby się przyczepić, to trzeba by mieć mocno złe intencję i nie mieć boga w sercu. Przy wjeździe mignął nam Misza z żoną. Mignął i zniknął, więcej ich tego dnia nie zobaczyliśmy. Dopiero na drugi dzień. Na razie zaparkowaliśmy i poszliśmy witać się, rejestrować, rozstawiać.

Bardzo sprawnie przebiegło odbieranie kart startowych. Wszystkie wydrukowane, nic nie brakuje, wszystko się zgadza, nic nie pomylili, my też nic nie pomyliliśmy. Prawie. To znaczy Adaś nic nie pomylił. Modele swoje zgłosił dobrze, postawił dobrze. Modele Marka, które zgłosił Marek, tez były dobrze zgłoszone i nie było problemów. Modele Marcela, podobnie, wszystko dobrze. Jarka figurki – zero kłopotu. Błąd znowu zrobiłem ja. Jak zwykle nie przejrzałem wszystkich kategorii i jak zobaczyłem ‘karton – okręty”, to tam zgłosiłem, a niżej, jak się okazało, była jeszcze kategoria „karton – statki i okręty do linii wodnej”. Trudno, nie będę robić zamieszania, niech tak sobie stoją. Przesuną, to przesuną, nie, to to też nie będę płakał.

***********************************************

Teraz mamy wreszcie wolne ręce i trochę czasu, idziemy zobaczyć, kto jest i kogo nie ma. Jest Przemek z ciocią Ewą, czyli już jest fajnie. Jest Paweł z Agnieszką. Jest drugi Paweł. Są Marta i Maciej! O ho ho! Jak ja ich dawno nie widziałem! Marta śliczna, jak zwykle, Maciej nic nie starszy, niż ostatnio. Jest też Tomek, ale jak mogłoby go zabraknąć, jest Wojtek, czyli Inowrocław wzmocniony dodatkowo, jest mnóstwo ludzi. Już jest fajnie. A zapowiada się jeszcze lepiej.

Poszedłem pooglądać sobie modele. Tu się nie ma co rozpisywać. Modele na wysokim poziomie, i to wypada pójść i sobie obejrzeć, opisywanie tego nie ma sensu. Przy okazji rozglądam się i łapię uchem, okiem i mimochodem, kto tam jeszcze kręci się po sali. Piotrek z Torunia. Jarek z Ostródy. Marek z Chełmży. Pranas z Kłajpedy… Jaki ten świat mały…

***********************************************

Poszedłem posłuchać sobie wykładu, pogadanki, prelekcji, jak zwał, tak zwał, o malowaniu „nose-artów”, czyli specyficznym ozdabianiu nosów samolotów amerykańskich popularnym w latach drugiej wojny światowej. Siedzę sobie, słucham, i nagle drrrrryń, drrrryń:

-Idziemy na obiad i trzeba się pospieszyć, bo tam zaraz zamykają!

Rzeczywiście, szybkim marszem dostaliśmy się do knajpki, zaraz za rogiem, ale zamówić udało nam się już tylko na wynos, bo panie praktycznie zamykały lokal. Usiedliśmy sobie na murku i zajęliśmy się jedzeniem. Dobre było. Schabowy całkiem spory i dobrze zrobiony. Ziemniaczki z pietruszką. Suróweczka elegancka. Przyszedł Tomek. Nic nie mówi. Stoi. Patrzy. W końcu nie wytrzymał:

-Zjecie to wszystko? Nie, nie dacie rady… Nie zmieścicie… Za dużo jest tego… A wyrzucić szkoda… Smacznie wygląda… Jakbyście mieli wyrzucić, to byłoby przykro…

Postał jeszcze. Popatrzył. Westchnął. Poszedł. Zjedliśmy wszystko.

***********************************************

– Chłopaki, to plan jest taki. Jedziemy na nocleg, zarejestrujemy się tam, odświeżymy, odsapniemy, i pójdziemy na integrację.

Nocleg w centrum miasta. Świetna sprawa, jedziemy…

– Stuk…. Stuk… stuk, stuk, stuk, pukpukpukpuk….

Jakiś dziwny dźwięk. Niby nic się nie dzieje, ale im szybciej jedziemy, tym szybciej coś stuka… Podejrzane. Wcześniej nie stukało, a teraz stuka. Zjeżdżamy na przystanek autobusowy, oglądamy koła. Powietrze jest. Jedziemy dalej. Stuk, stuk, stuk…Dobra, spróbujemy dojechać, potem się zobaczy. Dojechaliśmy. Miejsc parkingowych równo zero. Stajemy troszkę na pałę, i kładziemy się pod samochodem. Przypatrujemy się bacznie i wreszcie Marcel wychodzi z uśmiechem od ucha do ucha.

-Adaś, ja Ciebie bardzo, ale to bardzo proszę, nie opowiadaj nam już nigdy, jakich jeszcze awarii nigdy nie miałeś w drodze. Bardzo Cię proszę. 

W prawej przedniej oponie wkręt jak złoto. Wbity idealnie pod kątem prostym Z łbem wielkości kamienia brukowego. Wbity na tyle dobrze, że trzyma powietrze. Ale widać wyraźnie, jak tylko go ruszymy, to będzie pfffff…. i zapraszamy ponownie… Adam zaczyna się dziwnie denerwować. Grzebie w telefonie, szuka czegoś… Nagle gdzieś dzwoni…

-Dzień dobry, wulkanizacja mobilna? Może pan przyjechać? Ach, nie ma pan dziś pracownika? Oddzwoni pan, jak się coś zmieni? Jasne, będę czekał.

Usiadłem. Zapaliłem. Uspokoiłem się.

-Adam, masz zapas?

-Mam.

-A podnośnik?

-Mam.

-A klucz do kół?

-No mam.

-To w czym problem?

-Bo chyba nie wiem jak…

-Wyciągaj.

Wyciągnął. Zmiana koła trwała pięć minut. Przy okazji w bagażniku znaleźliśmy zestaw do naprawy opon…

-A faktycznie! Dostałem takie coś od teściowej kiedyś! To może od razu naprawmy tę oponę?

-Z przyjemnością. A nadmuchasz ją potem, z przeproszeniem, paszczą?

– A, rzeczywiście…

***********************************************

W tym czasie zwolniło się jedno, jedyne miejsce parkingowe w centrum Olsztyna. Przestawiliśmy samochód i poszliśmy po klucze od pokoju. Nie od razu. Najpierw musieliśmy znaleźć kluczyk od samochodu. Coś takiego…

Kamieniczki. Bruk. Mocno pod górę. Ładnie. Urokliwie. Fajny klimat. Recepcja. Zamknięta. Przed recepcją facet z pieczonym kurczakiem pod pachą. Zapach kurczaka. Mocny, dominujący nad wszystkim innym.

-Wsie gdie-to poszli, nikowo niet, ja nie mogu popast do wnutri, u was kluczi słuczajno niet?

Walenie pięścią w drzwi dało efekt, pojawiła się pani. Wpuściła nas do środka, zarejestrowała, skasowała, dała klucze. 

– Pójdziecie ulicą do kańca, tam budzie brama, to jest klucz od na dole, ten drugi jest od dwieri u góry, wasz nomier sziest.

Wszystko jasne. Poszliśmy, znaleźliśmy, klucz pasował. Ładne, jasne mieszkanie na piętrze kamienicy, czysto, rewelacyjny widok na zamek i pół Olsztyna. Podoba mi się. Bardzo  i się podoba. Stoję przy oknie i gapię się. Hipnotyzuje mnie ten widok. Mógłbym tak stać i się gapić godzinami. Świat nikech sobie zapieprza, ja sobie popatrzę. Rozkładamy klamoty. Wybieramy łóżka. 

-Cholera jasna! Te łóżko jest zarwane!

Faktycznie. Zarwane. Z jednej strony deski wyraźnie straciły kontakt z ramą. Ale akurat te łózko jest podwójne, szerokie…

– Śpij z drugiej strony.

– W sumie…

 Ogarnęliśmy się. Chłopaki poszli do żabki, po było już dwie godziny po obiedzie, więc poczuli się strasznie głodni. Wrócili, stwierdzili, że wafelki są obrzydliwe. Posiedzieliśmy. Poleżeliśmy. Znowu posiedzieliśmy. Pogapiłem się przez okno. Poszliśmy na integrację.

***********************************************

Wieczór. Nie jest zimno. Czuć wiosnę. Nie jest to jeszcze ta prawdziwa, ciepła wiosna, ale zawsze już jakaś wiosna. Taka nieśmiała na razie, bez zapachów, bez ciepełka, lekko wilgotna i gotowa pierzchnąć w popłochu na widok pierwszej burej chmury niosącej zapomniany deszcz ze śniegiem. Ale zawsze jednak wiosna. Człowiek rozciąga się, prostuje mimowolnie i odruchowo podnosi głowę wyżej. I przygląda się. Przygląda się wszystkiemu, co dookoła. Kamienicom. Ulicy. Ludziom, Brukom. Bramom. Wieczorowi. A wieczorem Olsztyn żyje. W sobotę wieczorem Olsztyn żyje, jak mało które miasto. Olsztyn wieczorem wychodzi na ulicę. I chce mu się pić. I Olsztyn idzie się napić. A ma gdzie. W co drugiej bramie Olsztyn może się napić czegoś ciekawego. I w następnej czegoś jeszcze innego. I w kolejnej. I jeszcze czegoś nowego. A my idziemy i patrzymy. Przyglądamy się na razie. Dostaliśmy konkretny adres, to idziemy pod konkretny adres. Chociaż Olsztyn kusi. Mami kolorowymi szyldami i obietnicą czegoś egzotycznego. Czegoś, czego w domu nie masz. „Tutaj!” . „U nas!”. „W tej bramie zaznasz szczęścia!” Idziemy. Idziemy konkretnie. To nie jest włóczęga. Nie idziemy tak sobie. Idziemy jak trójka poważnych, zdeterminowanych ludzi z konkretnym celem. Idziemy i wreszcie widzimy. Są. Przemek i Ewa. Hej, Ty, Ewo, rajskie dziewczę, nie wykręcisz się dzisiaj ogryzkiem! Przemek nic nie mówi. Przemek w ogóle rzadko coś mówi. Przemek pozwala, żeby Ewa mówiła za nich oboje. Bo Przemek wyraźnie lubi, jak Ewa mówi. A Ewa lubi, że Przemek to lubi. Więc mówi. Mówi dużo. Mówi ciekawie. I inni też lubią, kiedy Ewa mówi. Więc Ewa od razu zaczyna mówić:

-No nareszcie jesteście. Teraz idziemy tutaj, potem idziemy tam, potem idziemy znowu tutaj, potem znowu tam, potem wrócimy tutaj, a potem idziemy do Białego dworku, bo jesteśmy umówieni z Tomcatskimi. I nie ma, że nie, bo będzie Szarlota.

Szarlocie się nie odmawia. A z Ewą się nie kłóci. Kto się kłóci z Ewą, ten będzie mieć do czynienia z Przemkiem. I w ogóle, bo nie i już. Nie kłócimy się więc, tylko posłusznie biegamy tam, gdzie nam każą. I jest fajnie. I jest jeszcze fajniej. A potem to jest już bardzo, bardzo fajnie. A Olsztyn żyje. Olsztyn się bawi, bo to sobota. A w sobotę należy się bawić. Olsztyn błyska neonami. 

-Co tam jest w tym domu? Na piętrze się świeci na różowo. Dziwne. Idę sprawdzić.

Poszedł. Przez podwórko, między śmietnikami. 

-Nic tam nie ma. A jednak coś być musi…

„Nic nie ma, ale coś być musi.” Coś. Musi. Bo tak. Bo nie może tak być, że nic nie ma. Imperatyw. Albo lęk przed brakiem? Bo coś musi być. Bo jeśli nic nie ma, to… To co? A jeśli rzeczywiście nic nie ma? No i co? Co to zmienia? Nic, czy wszystko?

Poszliśmy do Białego Dworku przez nocny Olsztyn. Nie przez śpiący Olsztyn, a przez Olsztyn nocny. Bawiący się, roześmiany, spacerujący. Szarlota była. I była świetna. Do zobaczenia następnym razem.

***********************************************

Poranek w obcym mieście. To zawsze jest ciekawe. Bo jest inne. Poranek u siebie w domu jest swój. Poranek u siebie w domu to są znajome dźwięki. Pik-pik-pik… Towar do Żabki przywieźli. Szuuu, szuuuu, szuuu… Miotłą po chodniku, dzień dobry pani. Brrrddbbrbrdddbrrdyn łup! Ciężarówka rozpędziła się z wiaduktu i wpadła w studzienkę obok przystanku… A poranek w obcym mieście to są dźwięki całkiem zupełnie nieznajome. Coś gada. Ale nie wiadomo co. Ktoś kaszle gdzieś za ścianą. Albo piętro niżej. Albo piętro wyżej. Nie, wyżej już nie ma. Jakaś muzyka . Umpf –umpf –umpf… Studenci zaoczni wstali pewnie i idą na zajęcia. Niedziela. I wreszcie za oknem bim-bom, bim-bom, bim-bom, dyn-dyn-ding, dyn-dyn-ding, dyn-dyn-ding, bom….bom… Dzwony w katedrze sprzed okna. Wstajemy. 

***********************************************

Wstajemy i idziemy pustym, niedzielnym , porannym miastem. Nieliczni spacerowicze z psami. Nieliczne psy ze spacerowiczami. Rześki poranek. Niebo bure. Słoneczko będzie miało dzisiaj wolne. Idziemy na śniadanie.

Stolik bez obrusa. Radio z lat siedemdziesiątych, ale tranzystorowe. Motorower Komar. Niebieski. Dlaczego niebieski? Komar ma być wiśniowy. Jajecznica, kawa, dwie parówki. Bardzo dobre. Takie , jak trzeba. Jak powinno być w niedzielny poranek. Jak w domu. Tak po prostu swojsko. I swojo. I swojo i swojsko. Tylko ten komar, dlaczego niebieski?

***********************************************

Pojechaliśmy do szkoły. Studenci poszli na uczelnie, a my pojechaliśmy do szkoły. Jest w tym coś co mnie bawi, ale tylko wewnętrznie. Nie dzielę się tą refleksją z kolegami. Ta jest tylko moja.

Są wszyscy. Fajnie wyglądają. Chodzą, gadają, siadają, załatwiają interesy i bawią się swoim towarzystwem. Bawienie się swoim towarzystwem. To jest to fajne. Ludzie, z którymi wcale nie muszę przebywać, a z którymi przebywać chcę. Bo lubię. Bo jak z nimi przebywam to jest mi z tego powodu fajnie. Więc przebywam. A potem się skończy, pojedziemy do domu i nie będziemy przebywać. I wcale nam nie będzie brakować. Aż do czasu, kiedy znowu się spotkamy i wtedy poczujemy, że brakowało. Taki paradoks. Taki brak, którego się nie czuje. Takie zaspokojenie potrzeby, której nie ma, dopóki nie zostanie zaspokojona. Zabawne. I jakoś jednak urocze.

Przebywamy więc. Przebywamy z Tomkiem, z Wojtkiem, z Ewą, z Maćkiem, z Martą, z Pawłem, z Agnieszką… Przebywamy z Piotrem, Pawłem, Marcinem i z Grzegorzem i z … Dużo przebywamy.

***********************************************

Będą kończyć. Będą rozdawać. Będą wywoływać. Będą nagradzać. Zaczęli. Poprzebywałem, pogapiłem się przez okno, pooglądałem sobie, pożyłem Olsztynem, już by mi wystarczyło. Nie muszę jeszcze cos dostać. I nie dostaję. Ale chłopaki dostają. Marcel dostaje. Adam dostaje. Marcin dostaje. Jarek dostaje. Misza dostaje dla swoich podopiecznych z modelarni. Podostawali. Trochę im zazdroszczę. Ale tak pozytywnie, z życzliwością. Można zazdrościć pozytywnie? No pewnie, że można. Tak bez zawiści, z lekkim podziwem. To tak im zazdroszczę.

Mówią, żeby się pakować. Bo by chcieli iść do domu na obiad. Ach tak! Czyli wcale się cieszą, że byliśmy? Już by chcieli się nas pozbyć? Nie, no, jasne, wszystko rozumiemy. Ze trzy miesiące pewnie się szykowali, ze dwa tygodnie nie spali, trzy dni zasuwali jak bawoły. Chcieliby już usiąść i powiedzieć „Dokonało się, dajcie mi piwo”. Zasłużyli. Niech mają.

Spakowaliśmy się i jedziemy. Powrotna droga to jest zawsze inna droga niż droga do. Droga Z jest jakaś taka krótsza i szybsza, chociaż jest taka sama. Ciekawe. 

Wjechaliśmy na stację benzynową. Stanęliśmy obok kompresora, wyciągnęliśmy przebite koło. Zatkaliśmy dziurę zestawem od teściowej. Nadmuchaliśmy, poszliśmy popatrzeć na kasjerki. Był kasjer. Niedziela. Wróciliśmy do samochodu. Opona trzyma. Zapalmy. Przed drogą należy zapalić. Kiedyś przed drogą należało przysiąść. Nikt już nie przysiada przed drogą. Ale zapalić można. Palę. Na stację wjeżdża Marcin. Idziemy pogadać, bo nie widzieliśmy się godzinę. Marcin jest z żoną i córką. Marcin mówił, że ma fajną żonę. Ma. Umawiamy się z Marcinem, że spotkamy się jeszcze za Grudziądzem na obiedzie. Jedziemy.

***********************************************

Są takie smaki. Takie, które pamięta się z dzieciństwa i się tęskni. Truskawki prosto z krzaka. Kalarepa, podebrana chyłkiem z pola. Groch zerwany „na golito”. Większość można odtworzyć. Można znaleźć, wszystko przecież jest. Ale jeden jest dla mnie nie do odtworzenia. Czernina. Zupa, która wszędzie poza naszym regionem wzbudza co najmniej zaskoczenie, czasem przerażenie, czasem niedowierzanie, a nawet obrzydzenie. Bo smaków to człowiek uczy się od dzieciństwa. Bo jak od małego byłeś karmiony plackami ziemniaczanymi z cukrem, to z solą Ci nie smakują. Bo jak dawali Ci czerninę, to jesz czerninę, i jest ona dobra. I czerniny w domu sobie nie zrobię. Umiem, ale nie zrobię. Za dużo zachodu, za dużo roboty i nie da się zrobić trochę. A dużo nie chcę. Dużo jest niedobrze, dużo to się przeje. A to ma być raz, i na długo wystarczy. I jest. Stoi przede mną. Czarniutka, oleista, z pływającymi po wierzchu rodzynkami, z ziemniaczanymi kluseczkami. Dokładnie taka jak trzeba. I smakuje tez dokładnie tak, jak trzeba. Trochę słodko, a trochę kwaśno. Świątecznie, chociaż to nie święto. Jedziemy dalej i myślę sobie, jaki jeszcze smak z dzieciństwa jest już nie do dogonienia. Smażony kurczak, dochodzący przez pół dnia w rondelku na kuchni węglowej… Na gazie się nie da. Na prądzie? No proszę Was… Na węglówce tylko i wyłącznie. Może jeszcze kiedyś.

***********************************************

Dojechaliśmy. Bydgoszcz. Lubię Bydgoszcz. Podobno nie jest ładna, bzdura! Są miejsca w Bydgoszczy, gdzie nie trzeba nic, tylko usiąść i sobie być, i jest ładnie. Podobno jest ponura i szara. A gdzie tam. Byłem w Bydgoszczy, kiedy było ponuro i szaro. Byłem w deszczu, w śniegu, w roztopy, w burzę, w błoto. I ciągle kojarzy mi się tylko dobrze. Bo kojarzy mi się z ludźmi, których lubię? Może. Ale kojarzy mi się ciepło.

Golfik stoi. Nikt nie ukradł. Kto by miał ukraść? Ludzie są z natury dobrzy. Są, prawda?

Zapalam, pyr, pyr  pyr, „jedziemy, jedziemy, jedziemy?” Jedziemy. Godzinkę raptem. I już jesteśmy. I już jest dość na ten raz. Zdecydowanie dość.

Share this content: