W GRUDZIĄDZU NAS NIE LUBIĄ…
Tydzień temu o tej porze wracaliśmy z I Grudziądzkiego Mitingu Modelarskiego. Z tej okazji chcielibyśmy podzielić się z Wami relacją z tego wyjazdu napisaną przez Adama z Inowrocławia, jej tytuł brzmi „W GRUDZIĄDZU NAS NIE LUBIĄ…”
Nie lubią nas w Grudziądzu, oj, nie lubią. Ale po kolei.
Marcel Młodszy wymyślił sobie, że trzeba przywrócić Grudziądz modelarskiej mapie Polski, bo zdążyło już wyrosnąć całe pokolenie, które nie wie, że w tym zacnym grodzie były kiedyś imprezy modelarskie. Skoro tak, to trzeba było wciągnąć ciepłe kalesony, założyć dwie pary skarpet, sweter z owczej wełny i czapkę uszankę, i udać się w ten podły lutowy czas w drogę, gdzie śnieg, mróz i zawierucha. Myśleliśmy sobie, do kolegów jedziemy, z wizytą, będzie fajnie… Ta…
Najpierw trzeba było jechać po Marcela starszego, zwanego ostatnio Panem Inszynierem. Odpaliłem gulfika, co przy takich temperaturach, jakie ostatnio mamy, wygląda nieco jak walka o życie, i pojechałem. Marcel był już gotowy, co znaczy, że czekałem na niego tylko pół godziny. Pojechaliśmy do Gniewkowa, do Bartka. Dzięki temu, że odpowiednio wcześniej zadzwoniliśmy i podaliśmy hasło „Okoń”, to natychmiast po przybyciu mogliśmy powiedzieć „Gutmorhen Panzerrabbi”, czyli mówiąc po ludzku, jak zajechaliśmy, to już czekał. Przepakowaliśmy się do cytrynki, gdzie wcale nie było już tak całkiem bardzo dużo miejsca w bagażniku. Teraz udaliśmy się do Bydgoszczy, po Doktora Adama. Ponieważ Bartek i Marcel doskonale wiedzą, gdzie Adam mieszka, to jego osiedle objechaliśmy dookoła tylko dwa razy, co jak na nas jest bardzo przyzwoitym wynikiem. Adam dopakował się do nas i okazało się, że w pięcioosobowym samochodzie cztery osoby mieszczą się tylko umownie i pod warunkiem, że się nie wiercą. Nie wierciliśmy się. Przynajmniej w samochodzie. Natomiast samochodem i owszem. Wyjeżdżając z Adama osiedla przejechaliśmy pod jego oknami jeszcze co najmniej dwa razy, ale zabroniono mi o tym wspominać.
Szczęśliwie wydostaliśmy się poza zaskakująco rozległą aglomerację bydgoską i wskoczyliśmy na drogę w kierunku Grudziądza. Szeroka, pustawa w sobotę rano dwupasmówka, szybko i spokojnie. Przed samym celem nawigacja w Bartka cytrynce zapragnęła pokazać swoją kobiecą naturę i stwierdziła, że ostatnie dziesięć kilometrów ona chce jechać autostradą bo tak. Byliśmy jednak nieugięci. W samym Grudziądzu odnaleźliśmy się zadziwiająco łatwo. Nie zabłądziliśmy ani razu, i to powinno nam dać do myślenia…
Na miejscu leżał śnieg… Było to zaskakujące. Po naszej stronie Wisły śniegu nie było już od dwóch tygodni… Śnieg jest biały, jest zimny, i przede wszystkim jest co? Jest, zaraza, śliski, jeśli jest udeptany. Ten był. Poślizgaliśmy się na salę gimnastyczną Zespołu Szkół Ekonomicznych, gdzie, jak się okazało, prawie wszyscy już byli. Przywitaliśmy się ładnie i poślizgaliśmy się do samochodu po modele, poślizgaliśmy się z powrotem, już z modelami, porozstawialiśmy je na stołach. Pokręciliśmy się po sali, pogadaliśmy, pooglądaliśmy. Okazało się, że wycieczki na twierdzę nie ma. Buuu… Niepotrzebnie całą noc ładowałem latarkę, zamiast iść spać… Dobra, nastempnom razom. Marcel, ten młodszy, miejscowy, kazał nam iść na dół, bo tam coś niecoś jest. I tu się okazało, jak perfidną pułapkę zastawiono na nas w Grudziądzu. Na dole była otóż babka. Była też kawa, ciasteczka, woda, herbata, i inne takie, ale to nieważne. Ważna jest babka. Bo to była babka taka, że inne babki przychodziły do niej z respektem i pytały „Babko, droga babko, czy my też możemy nosić dumne miano babek?” Nie mogły. Mogły co najwyżej łkać cichutko w kąciku lukrowanymi łzami źle wypieczonej rozpaczy trącającej kiepskim proszkiem do pieczenia. No, w każdym razie, miesięczny plan liczenia kalorii poszedł do kosza. Takie to było perfidne. Nie lubią nas tam, oj nie lubią…
Jak się już nieco posililiśmy przyszły na nas wyrzuty sumienia. W każdym razie na mnie, moi koledzy są wolni od podobnych refleksji zarezerwowanych dla ludzi kulturalnych. Uznałem, że trzeba te kalorie spożytkować, czyli idę albo na stadion GKM-u, albo nad Wisłę. Wisła miała tę wyższość, że jest czynna całą dobę, więc to na nią padł wybór.
Najpierw szedłem bardzo, bardzo długo w jedną stronę. Potem niezbyt długo w drugą. Potem jeszcze kawałek w trzecią. I już byłem nad Wisłą. Tylko, że to się szybko pisze, a szło się, i szło, i szło. A wiatr wył, a śnieg zacinał, a ślisko było, bo na nasz przyjazd specjalnie nie odśnieżyli. Tak nas tam nie lubią, oj, nie lubią…
Jak potem popatrzyłem na mapę, bo jak zawsze, popatrzyłem sobie na nią potem, to jakbym szedł od razu w trzecia stronę, to zaszedłbym nad Wisłę myk-myk, i już. Ale wtedy nie byłoby zabawy, co nie?
Jak już prawie odpadły mi uszy i zacząłem tracić przytomność z wyczerpania, to wróciłem sobie na salę. A tutaj właśnie impreza zaczynała lekuchno przygasać, więc postanowiliśmy, że jedziemy na nocleg. Jako, że mieliśmy wynajęte lokum w samym centrum starego miasta to objechaliśmy sobie centrum starego miasta w poszukiwania miejsca parkingowego. I jeszcze raz, żeby się lepiej utrwaliło. I jeszcze trochę. Koniec – końców, znaleźliśmy miejsce, i to chyba nawet jeszcze w Grudziądzu. W każdym razie, po prawej stronie Wisły.
Zakwaterowaliśmy się. Ogarnęliśmy się. Moi koledzy, którzy nic nie robili cały dzień, zasnęli. W środku dnia. Wypełnionego lenistwem. Tak po prostu. Aż zrobiło mi się głupio. Na szczęście w końcu wstali i poszliśmy integrować się w lokalu gastronomiczno rozrywkowym. Rozrywki lokal dostarczył nam już na dzień dobry, bo przetrzymał nas na deszczu i wietrze dobre czterdzieści minut, zanim nas wpuścił. Za to w środku okazało się, że… Hm… Że lokal ma swój niepowtarzalny klimat. Konkretnie, arktyczno-polarno-piwniczny. Było to dość interesujące. Dawno nie siedziałem w knajpie w kurtce. I nie była to knajpa na świeżym powietrzu. A nawet, rzekłbym, że powietrzu w knajpie trochę brakowało do świeżości. Rześkie, tak można by je określić, gdyby zawierało nieco mniej wilgoci. Tak o 99 procent mniej. I jeszcze dziewięć dziesiątych procenta. Nieważne. Ważne, że było z kim pogadać, pośmiać się, posiedzieć i nawet wypić piwo, kupowane na bieżąco przez właściciela lokalu w sklepie z zielonym płazem w logo o dwie kamienice dalej.
Jak już wszyscy byliśmy bardzo syci wrażeń, to poszliśmy na nocleg. Pieszo, bo mieliśmy do niego dokładnie pięćdziesiąt metrów. Jak Panzerrabi szuka noclegu, to on dobrze wie, o co chodzi. Co działo się w nocy, nie wiem, bo spałem. Moi koledzy też spali, co jest zadziwiające, zważywszy, że przespali większość dnia. Ech, miastowi…
Ranek wstał zimny i mokry. Spożyłem skromny posiłek składający się z flaczków na ciepło i pieczywka i z olbrzymim zainteresowaniem przyglądałem się jak Marcel i Adam wyłażą (to adekwatne określenie) z łóżek, i próbują doprowadzić się do stanu używalności. Wierzcie mi, choćby tylko dla tego widowiska warto jeździć na imprezy modelarskie. Tego nie kupisz.
Wyruszyliśmy. Najpierw pieszo. Przez pół miasta. Do samochodu. Nieliczni wczesno-poranno-niedzielni pso-spacerowicze chowali się w bramach, psy jeżyły się i skomląc ciągnęły swoje panie w przeciwnym kierunku… Nieważne. Zapakowaliśmy się do samochodu i pojechaliśmy na salę.
Stopniowo przybywali kolejni koledzy w mniejszym lub większym stopniu zużycia modelarsko-weekendowego. Metodą ostrożnego podpytywania udało się ustalić, co i komu wczoraj obiecaliśmy, co i kto nam obiecał i zapisać to sobie dyskretnie na paragonie ze sklepu z zielonym płazem w logo. Pozostało tylko ustalić, kto to jest ten, komu coś obiecaliśmy, bo my się owszem, znamy, lubimy, szanujemy, podziwiamy wzajemnie od lat swoje modele, ale jak on się nazywa, to uojezusmariajózef i wzajemnie.
Na szczęście wszystko to udało się po ustalać, i tak nam minęło do czternastej. I wtedy wybuchło. Afera, jakiej modelarska Polska nie widziała. Okazało się, że w Grudziądzu nie lubią Inowrocławia. Nie dostaliśmy ani jednego medalu, ani jednego pucharu, nic. Chełmży też nie lubią. Też nic nie dostali. I Słupska jeszcze nie lubią. I Częstochowy. I, o zgrozo, Warszawy też. A najbardziej to nie lubią się nawzajem! Sobie też nic, a nic nie przyznali! Dramat po prostu! I to w obecności nie tylko zgromadzonych modelarzy, zaproszonych gości, ale jeszcze przy całkiem sporym tłumie przypadkowych widzów, zwabionych w obłudny sposób wizją możliwości poobcowania z najlepszymi modelarzami regionu i mną. Tak, drodzy państwo. Żadnych medali, żadnych pucharów, żadnych krasnalków. Niby człowiek wiedział, jak jechał…
Obrażeni spakowaliśmy się do samochodu, ślizgając się po śniegu w tę i nazad (tu trzeba przyznać organizatorom, że było go zdecydowanie mniej, niż w sobotę), pożegnaliśmy się bardzo ozięble i udaliśmy się do domu, w ogóle nie błądząc. W tych emocjach zapomnieliśmy nawet wjechać do knajpy, gdzie mają czerninę i gulasz z żołądków, a to miał być najważniejszy punkt wyjazdu. Tragedia.
W zaciętym milczeniu dojechaliśmy do Bydgoszczy. W obrażonym zacięciu dotarliśmy następnie do Gniewkowa. Gulf zapalił i w nadętym zadęciu przyjechaliśmy do Inowrocławia i poszedłem wreszcie spać.
A tak nieco poważniej. O tym, że w Grudziądzu nie ma medali i pucharów wiedzieliśmy już wcześniej. Chyba nawet jako pierwsi, bo Marcel Młodszy jest w końcu członkiem naszego stowarzyszenia i zdaje się, że o pomyśle zorganizowania spotkania w Grudziądzu wiedzieliśmy jako pierwsi. Ciekawe było, kto przyjedzie, jeśli nie będzie nic do wygrania. I nie rozczarowałem się, kilka, czy kilkanaście osób, których się spodziewałem, na imprezie w tej formule, rzeczywiście się pojawiło. Tutaj się nie zawiodłem. Udało się odnowić parę kontaktów, nawiązać kilka nowych, udało się przede wszystkim, wrócić modelarsko do Grudziądza, który (no, może nie cały) jest bardzo ciekawym i urokliwym miejscem. Okazało się przy tym, że po pierwsze, chłopaki z grudziądzkiej Walkirii są, żyją, chcą, i jeszcze nie powymierali. Udało się też poznać rodziców naszego Marcelka (Marcelka, hihi), i była to jedna z milszych chwil tego wyjazdu – bardzo, ale to bardzo sympatyczni ludzie. I jeśli w przyszłym roku w Grudziądzu uda się zrobić kolejne spotkanie, nawet bez medali i pucharów, i nawet w lutym, to my stawiamy się obowiązkowo.
























Share this content:



Opublikuj komentarz
Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.