VI FESTIWAL MODELARSKI GMINY RUDZINIEC – 15 XI 2025
Mamy już niemal koniec 2025 roku, więc chcemy podzielić się z Wami jeszcze ostatnią – napisaną przez Adama (tego z Inowrocławia) – relacją z ostatniego konkursu, w którym w tym roku wzięli udział członkowie naszego Stowarzyszenia. Adam ma wspaniały talent literacki – o czym wielu z Was wie, a ci którzy nie wiedzą to zaraz się przekonają. Zaparzcie sobie kawę, rozsiądźcie się w fotelu i cofnijcie się w czasie do VI FESTIWALU MODELARSKIEGO GMINY RUDZINIEC w Kleszczowie.
Relację z wyjazdu do Kleszczowa prezes i sekretarz kazali mi napisać „na gorąco”. Jako więc, że mamy już połowę grudnia, napuściłem wrzątku do wanny, zrobiłem sobie gorącą herbatę z cytryną, w piecu napaliłem tak, że sufit w chałupie robi „umpf… umpf…”, ubrałem ciepłe kalesony, grube wełniane skarpety, czapkę z pomponem i piszę. Z rękawiczek musiałem zrezygnować, okazało się że nie trafiam w klawisze… Trochę się boję, żeby mi laptop nie wpadł do wody, ale spróbuję.
Wyruszyliśmy tradycyjnie pod osłoną nocy. Właściwie to nie wiem, jak to się stało, że my zawsze jedziemy gdzieś w nocy. Czy to kwestia tego, czym jedziemy? Chyba nie, jechaliśmy Bartka samochodem, a on jest całkiem sprawny, całkiem ładny i całkiem ubezpieczony. A może kwestia tego, jak jedziemy? Też chyba nie, parę lat spędziłem za kierownicą i moim zdaniem nie wzbudzamy popłochu wśród innych użytkowników dróg, co mnie nawet nieco martwi, na busach to był ten fragment, który szczególnie lubiłem. Może więc chodzi o to, kto jedzie? No dobra, nie zawstydzilibyśmy Adonisa, ale na nasz widok ludzie nie uciekają z krzykiem robiąc pośpieszny znak krzyża. Dlaczego w takim razie wyjeżdżamy pod osłoną nocy? Męczyło mnie to i nie dawało spokoju. Zadzwoniłem do Bartka, żeby mi wytłumaczył. „Bo jest daleko, a rano jest ciemno, głupku leśny!” Aaaa… To o to chodziło. Wyjechaliśmy więc wcześnie, bo jest daleko. Ciekawe, że teraz jestem w domu, więc do Kleszczowa znowu jest daleko, a wcale nie jest ciemno. Ktoś ze mnie chyba głupka robi.
Jechało się sympatycznie, niespiesznie, nawet trochę leniwie. Kilometry uciekały z cichym kwileniem i chowały się w przydrożnych krzakach. Czasem tylko wyglądały na drogę i wymachiwały za nami pięścią memłając pod nosem jakieś przekleństwa, ale byliśmy już zbyt daleko, żeby usłyszeć. A jak byliśmy już daleko, to zrobiło się jasno. Znowu czegoś nie rozumiem, Bartek mówił, że jak jest daleko, to jest ciemno… Muszę to przemyśleć.
W każdym razie, jak już było jasno, to okazało się, że jesteśmy na miejscu i musimy iść do szkoły. Najpierw protestowałem, do szkoły już się w życiu nachodziłem i z doświadczenia wiem, co to oznacza, ale Marcel z Bartkiem powiedzieli mi, że wszyscy muszą, i koniec. Poszliśmy więc razem. Szkoła okazała się ładna, w dodatku w środku spotkaliśmy mnóstwo starych, dobrych znajomych. A także mnóstwo nowych, równie dobrych znajomych, ale wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że są to nasi znajomi. Dopiero później. A o tym, że są to nasi dobrzy znajomi, to przekonaliśmy się jeszcze trochę później.
Bartek i Marcel zaczęli wypakowywać swoje modele i ustawiać je na stole. Zauważyłem, że również nasi starzy dobrzy znajomi i nasi nowi dobrzy znajomi wypakowują i rozstawiają modele. Coś mnie tknęło i zapytałem Marcela, dlaczego ja nie mam żadnych modeli do wypakowania i rozstawienia. „Bo jesteś sędzią głównym, głupku leśny!” Aaa… To o to chodziło…
Przejąłem się trochę. Nawiązałem bliższą relację z Rafałem, który był organizatorem konkursu. Okazało się, że on też jest przejęty. Nazjeżdżało mu się o wiele więcej starych dobrych znajomych niż się spodziewał, a jeszcze dojechali nowi dobrzy znajomi. Napawało go to radością i dumą, co jest zrozumiałe, ale równocześnie bardzo mocno się przejął, co jest zrozumiałe. Też się przejąłem. Na wszelki wypadek, postanowiłem udawać, że ani trochę, nic a nic, i takie rzeczy to spod małego palca i ho ho. I tak sobie chodziliśmy po sali gimnastycznej w tej ładnej szkole w bardzo ładnym miejscu, w którym wcale nie było ciemno, jeden strasznie przejęty, drugi udający, że w ogóle, nic, a nic, a starzy dobrzy znajomi i nowi dobrzy znajomi znosili modele i rozstawiali na stołach.
Kiedy wreszcie stanęli, sapnęli z ulgą i stwierdzili, że już, więcej nie zniosą, choćby ich męczyć i wrzątkiem polewać, to trzeba było dokonać fachowej oceny sędziowskiej, co mnie trochę przejęło. Okazało się na szczęście, że mam do dyspozycji całkiem fachowe grono sędziów, złożone w dodatku prawie z samych znajomych. A nawet z kilku starych znajomych. I to dobrych. Pogoniłem ich więc do roboty, sam przechadzałem się niespiesznie między stołami zastawionymi modelami, dziwiąc się trochę, że sędziowanie idzie im tak sprawnie i fachowo. Może dlatego, że było jasno. Przejęło mnie to trochę.
Na koniec zebrałem wyniki i zaniosłem do Rafała, który strasznie był z tego wszystkiego przejęty. Pojawiła się nowa zagadka. Co można czynić w takim ładnym miejscu, kiedy wszystko jest już zrobione? „Idźcie w stronę lasu, tam będzie chatka z piernika…” Chatka z piernika okazała się być świetlicą wiejską, w której miała czekać na nas skromna kolacja. Najpierw byliśmy przekonani, że pomyliliśmy drogę, w chatce nie było skromnej kolacji dla nas, w chatce ktoś miał wesele. Ale nawet w tak ładnej (i jasnej) wiosce, jak Kleszczów, nie ma dwóch chatek z piernika, tfu, dwóch świetlic wiejskich, czyli okazało się, że to właśnie te przyjęcie weselne jest tutaj określane, jako „skromna kolacja”. Muszę kiedyś sprawdzić, co się tu wyrabia, kiedy mieszkańcy mają ochotę zachować się nieskromnie.
Muszę ze wstydem przyznać, że tym razem to my zachowaliśmy się nieskromnie i pożarliśmy i wypiliśmy wszystko, co stało na stołach, a nie było to proste zadanie i jakieś resztki jeszcze zostały, mimo naszego poświęcenia i zaangażowania, stu kroć większego nawet, niż przy sędziowaniu. Tymczasem zrobiło się ciemno, co oznaczało, że mamy daleko na nocleg. I tu ciekawostka, okazało się, że wcale nie. Znowu miałem poczucie, że ktoś próbuje mnie cały czas wprawić w konsternację. Na nocleg szliśmy może z dziesięć minut, na każdym zakręcie dzwoniąc butelkami w torbie, żeby wskazać drogę pewnemu naszemu dobremu znajomemu, który regularnie pozostawał w tyle. Przez litość nie wspomnę, że miał na imię Sebastian.
Poranek powinien być ciężki. Oczy otwierałem powolutku, starając się nie poruszyć głową, ponieważ powinna mnie strasznie boleć. Uchyliłem jedną powiekę… Nic… Uchyliłem drugą… Nic… Kolory normalne, nic nie jest zielone. Dziwne. Odważyłem się poruszyć głową o milimetr w prawo, zawczasu zapierając się stopą o ścianę. Nie boli… Spróbowałem o milimetr w lewo… Też nic. Zbadałem puls. Jest. Równy i wyraźny, czyli jednak nie umarłem. Podjąłem ryzyko. Wstałem. Raz i już. No, nic nie boli! Cholera, przecież powinno. Czyli jednak gadanie o tym najzdrowszym na świecie górnośląskim powietrzu nie było wyssane z brudnego kciuka i miętowych cukierków! Ludzie! Przyjeżdżajcie na Górny Śląsk! Tutaj się oddycha!
Opisu porannych czynności higieniczno-kosmetycznych nie będę zamieszczał, mam jeszcze tyle poczucia estetyki, natomiast zaraz po nich udaliśmy się na salę wystawową witać się ze starymi dobrymi znajomymi i z nowymi znajomymi, którzy teraz już byli dobrymi nowymi znajomymi. Zrobiliśmy tez kilka zdjęć. Obejrzeliśmy dokładniej i z bliska kilka modeli, przeprowadziliśmy kilka interesujących rozmów, czyli w zasadzie, robiliśmy wszystko to samo, co poprzedniego dnia, tylko już bez sędziowania i w większym spokoju. Tak doczekaliśmy do ceremonii rozdawania nagród. Usiedliśmy więc sobie skromnie w kąciku, żeby nie przeszkadzać w bieganiu tym, którzy po nagrody biegać będą. Okazało się jednak, że Bartek i Marcel też się trochę nabiegają i wcale nie tak mało fajnych rzeczy będą odbierać, a nawet i ja, za sprawne używanie kija do gonienia do roboty kilka bardzo przyjemnych fantów dostałem, za co serdecznie jeszcze raz dziękuję. Sami też coś tam wręczaliśmy, czyli znowu wstać było trzeba i narobić zamieszania. Cała ceremonia nie trwała specjalnie długo. Ale też niespecjalnie krótko. Określiłbym, że dokładnie tyle, ile trwać powinna. A jak już dotrwała, to trzeba było się zbierać, bo jak powiedział Bartek: „Jedziemy już, bo mamy daleko”. Dziwne, było w tym momencie całkiem jasno…
I w tym momencie okazało się, że jestem wygrany. Nie miałem żadnych modeli do spakowania. Ha! Zgarnąłem torbę z ręcznikiem i wczorajszą bielizną, wlazłem do samochodu i niecierpliwie dopytywałem, dlaczego jeszcze nie jedziemy, skoro już wszystko mam spakowane. Zostałem za to bardzo brzydko nazwany, nawet krępuję się przytoczyć.
Pożegnaliśmy się z ekipą gospodarzy, z których pomału zaczęło schodzić przejęcie, pożegnaliśmy się ze starymi i nowymi dobrymi znajomymi, obiecując sobie podtrzymywać znajomość i jej dobroć, ruszyliśmy w drogę. Niespiesznie, rzekłbym nawet, że leniwie. Rozglądając się ciekawie. Bartek jeszcze dopytywał, czy gdzieś w okolicy da się tanio kupić złoto w większych ilościach, bo potrzebuje prezent dla żony, ale była niedziela, a więc wszystko było niestety zamknięte. Po drodze jeszcze stanęliśmy „coś zjeść”. Jak się okazało, było to rzeczywiście „coś” bliżej nieokreślone, cholera wie, z czego wyprodukowane, na szczęście ja zachowałem się skromnie, czego nie można powiedzieć o moich łakomych kolegach, zwłaszcza o jednym.
Dojechaliśmy do Gniewkowa. Połowa wycieczki przepakowała się do golfa, którego nie trzeba było pchać, odwiozłem Marcela do domu i sam udałem się do mojej jaskini na skraju lasu, gdzie zapadłem w głęboki sen, w którym śniłem, że jestem daleko, jest jasno i rano nie boli głowa.


Share this content:



Opublikuj komentarz
Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.